1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia sobotnie popołudnia wychodziłem z matką na spacer półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców które bezwstydnie Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje