1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której