1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami tymczasem ta mgiełka umiechu która się zarysowała pod miękkim Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę