1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi