1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha jak gaworzenie nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Ledwo rozpowity z brunatnych dymów i mgieł poranka przechylał dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka