1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Przywykliśmy do jego nieszkodliwej obecności do jego cichego uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił