1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Teraz okna oślepione blaskiem pustego placu spały balkony wyznawały pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko Maryki czas więziony w jej duszy wystąpił z niej straszliwie Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Wertowaliśmy odurzeni światłem w tej wielkiej księdze wakacji drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym