1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia tygodni gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych konto Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Siedzieli jakby w cieniu swego losu i nie bronili się w pierwszych twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie Czasami głosy przycichały i zżymały się z cicha jak gaworzenie sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru