1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której tygodni gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych konto Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem Siedział nisko na małej kozetce z kolanami krzyżującymi jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały Potem znów przychodziły dni cichej skupionej pracy przeplatanej Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów Przeciwnie stan jego zdrowia humor ruchliwość zdawały Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory jeszcze z niego pozostało to trochę cielesnej powłoki dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi