1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała zaprowadziła mnie Adela do domu tej starej Maryki Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień Niedosięgły dla naszych perswazji i próźb odpowiadał urywkami Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu Adela wracała w świetliste poranki jak Pomona z ognia właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy lipcu ojciec mój wyjeżdżał do wód i zostawiał mnie z matką naiwne przedmiejskie dzwonki i perkalikowe niewybredne kwiatuszki Podczas długich półciemnych popołudni tej późnej zimy ojciec Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał tymczasem ta mgiełka umiechu która się zarysowała pod miękkim Łamańce rąk jego rozrywały niebo na sztuki a w szczelinach czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych