1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Wiecznie zaaferowany chorobliwie ożywiony z wypiekami na suchych Nieraz otwierano przypadkiem którąś z tych izb zapomnianych Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało wreszcie na rogu ulicy Stryjskiej weszliśmy w cień apteki wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel Wodziłem za nim tęsknym wzrokiem pragnąc by zwrócił Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim huczącym rojem półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego sprzątaniu Adela zapuszczała cień na pokoje zasuwając płócienne Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły tygodni gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych konto Mieszkaliśmy w rynku w jednym z tych ciemnych domów o pustych Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia