1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
jednym z tych domków otoczonym sztachetami brązowej barwy tonącym jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu uspokajał się dopiero gdy z odpływem nocy tapety więdły nagła ta cała kupa brudnych gałganów szmat i strzępów zaczyna czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Wieczorami gdy matka przychodziła ze sklepu bywał podniecony Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie bywał spokojny i skupiony i pogrążał się zupełnie w swych Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Zdawać się mogło że osobowość jego rozpadła się na wiele usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia Mieszkanie to nie posiadało określonej liczby pokojów gdyż Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok Marek mały zgarbiony o twarzy wyjałowionej z płci siedział Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały chwila grymas płaczu składa tę harmonię w tysiąc poprzecznych Cierniste akacje wyrosłe z pustki żółtego placu kipiały Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało matka późnym wieczorem wracała ze sklepu ojciec ożywiał były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania Przestaliśmy po prostu brać go w rachubę tak bardzo oddalił