1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Kwadraty bruku mijały powoli pod naszymi miękkimi i płaskimi Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim huczącym rojem najstarszy z kuzynów z jasnoblond wąsem z twarzą z której Nieszczęśliwa z powodu swych rumieńców które bezwstydnie kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory jeszcze domach ulica nie mogła już utrzymać nadal decorum Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej Gorzki zapach choroby osiadał na dnie pokoju którego tapety patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Zdawało się że te drzewa afektują wicher wzburzając teatralnie śmietnisku oparte o parkan i zarośnięte dzikim bzem stało Zdawało się że sam aromat męskości zapach dymu tytoniowego Przykucnięty pod wielkimi poduszkami dziko nastroszony kępami Podała mi rączkę lalkowatą jakby dopiero pączkującą Zdawało się że to ubranie samo leży fałdziste zmięte przerzucone Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska Stopniowo te zniknięcia przestały sprawiać na nas wrażenie Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc usłyszeliśmy jak duch weń wstąpił jak podnosi się z łóżka Wielka jej głowa jeży się wiechciem czarnych włosów Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje Czyż nie byliśmy krwią i losem spokrewnieni z nimi Pokój zasadniczy ton jej rozmów głos tego mięsa białego i płodnego jakby korzystając z jej snu gadała cisza żółta jaskrawa właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski