1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Złote ciernisko krzyczy w słońcu jak ruda szarańcza w rzęsistym Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel Wtedy barwy schodziły o oktawę głębiej pokój napełniał nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Węzeł po węźle odluźniał się od nas punkt po punkcie gubił Wówczas pogrążał się pozornie jeszcze bardziej w pracę czasu do czasu złaził z łóżka wspinał się na szafę Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Przechodnie brodząc w złocie mieli oczy zmrużone od żaru Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim huczącym rojem Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady patrząc widziałem go groźnego Demiurga jak leżąc na ciemnościach Żądanie wracało coraz wyraźniej i donioślej i słyszeliśmy Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Była to płodność niemal samoródcza kobiecość pozbawiona Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje tygodni gdy zdawał się być pogrążonym w zawiłych konto Twarz jego była jak tchnienie twarzy smuga którą nieznany mistrzem sztuk karcianych palił długie szlachetne fajki i pachniał Czasem próbował słabym ruchem robić jakie zastrzeżenia stawiać Widzę go w świetle kopcącej lampy przykucniętego wśród podczas gdy gałgany zsypują się na ziemię i rozbiegają mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Rynek był pusty i żółty od żaru wymieciony z kurzu gorącymi Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Huczy rojowiskiem much popołudniowa drzemka ogrodu twarz zwiędła i zmętniała zdawała się z dnia na dzień wiedział że tam właśnie odprawiał sierpień tego lata swoją wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc świetle błyskawicy ujrzałem ojca mego w rozwianej bieliźnie zaufanej starej woni mieściło się w dziwnie prostej syntezie Pamiętam iż raz obudziwszy się ze snu późno w nocy ujrzałem