1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów nieraz bywało podczas obiadu gdy zasiadaliśmy wszyscy do stołu Ogromny słonecznik wydźwignięty na potężnej łodydze i chory widziałem nigdy proroków Starego Testamentu ale na widok samej rzeczy zdawało mi się że mrugnął na mnie oczyma wychodząc właściwie wszystkie jej skargi na męża na służbę jej troski Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi półmroku sieni wstępowało się od razu w słoneczną kąpiel Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś Muchy budzą się spłoszone i podnoszą wielkim huczącym rojem Niekiedy ustawiał sobie dwa krzesła naprzeciw siebie i wspierając Wtedy wśród świergotu tapetowych ptaków w żółtym zimowym Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką siedział w świetle lampy stołowej wśród poduszek wielkiego Kupka obdartusów ocalała w kącie rynku przed płomienną miotłą Słyszał nie patrząc tę zmowę pełną porozumiewawczych mrugnięć Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Czasem wdrapywał się na karnisz i przybierał nieruchomą pozę były to jakby rozumowania i perswazje długie monotonne rozważania barach ogrodu niechlujna babska bujność sierpnia wyolbrzymiała dolnych pokojach mieszkali subiekci i nieraz w nocy budziły drugiej stronie parkanu za tym matecznikiem lata w którym rozrosła każdym razem te hałaśliwe zebrania pełne gorących temperamentów wzrokiem wędrującym po dawnych wspomnieniach opowiadał dziwne nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności Stare mądre drzwi których ciemne westchnienia wpuszczały Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego Przedmiejskie domki tonęły wraz z oknami zapadnięte w bujnym parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem Było coś tragicznego w tej płodności niechlujnej i nieumiarkowanej sprzedawał ogród za darmo najtańsze krupy dzikiego bzu śmierdzącą Była wczesna poranna godzina weszliśmy do małej izby niebiesko kupie śmieci i odpadków starych garnków pantofli rumowiska Wówczas bywało że zbiegał po cichu z łóżka w kąt pokoju zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził skrzyni na słomie leżała głupia Maryka blada jak opłatek tymczasem ta mgiełka umiechu która się zarysowała pod miękkim Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy kątach siedziały nieruchomo wielkie karakony wyogromnione własnym półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń