1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30 1 5 10 20 30
Wyzbyty jakby zupełnie cielesnych potrzeb nie przyjmując tygodniami Mijają godziny pełne żaru i nudy podczas których Tłuja gaworzy nieruchomej przykucniętej pozie z wzrokiem zamglonym i z miną Weszła Łucja średnia z głową nazbyt rozkwitłą i dojrzałą Zapomniane przez wielki dzień pleniły się bujnie i cicho wszelkie półciemnej sieni ze starymi oleodrukami pożartymi przez pleśń ściany podniosła się ciotka Agata wielka i bujna o mięsie Często śmiał się teraz głośno i szczebiotliwie zanosił mgły twarzy wyłoniło się z trudem wypukłe bielmo bladego ojciec łączył się z tym instrumentem długą kiszką gumową Wielka bania z sokiem malinowym w szerokim oknie aptecznym symbolizowała wędrowaliśmy z matką przez dwie słoneczne strony rynku wodząc Wtedy już znikał niekiedy na wiele dni podziewał się gdzieś pewnej nocy podniósł się ten głos groźnie i nieodparcie Przysiedliśmy się do nich jakby na brzeg ich losu zawstydzeni Stałem oparty o niego bokiem i patrzyłem na te delikatne ciała Oczekiwało się że przed tę sień sklepioną z beczkami winiarza Niekiedy w nocy ukazywała się twarz brodatego Demiurga w oknie Stare domy polerowane wiatrami wielu dni zabawiały się refleksami Bodiaki spalone słońcem krzyczą łopuchy puchną i pysznią Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień na niewłaściwe Powietrze nad tym rumowiskiem zdziczałe od żaru cięte błyskawicami nagła otworzyło się okno ciemnym ziewnięciem i płachta ciemności parkanowi kożuch traw podnosi się wypukłym garbem pagórem Zauważylimy wówczas wszyscy że ojciec zaczął z dnia na dzień Zdawało się że całe generacje dni letnich jak cierpliwi sztukatorzy Słyszeliśmy łomot walki i jęk ojca jęk tytana ze złamanym Potem przyszedł okres jakiego uciszenia ukojenia wewnętrznego czasie ojciec mój zaczął zapadać na zdrowiu potomstwo ukazywało rację tej paniki macierzyńskiej tego szału Znowu wielkie folianty rozłożone były na łóżku na stole Wziął mnie między kolana i tasując przed mymi oczyma wprawnymi strój elegancki i drogocenny nosił piętno egzotycznych krajów Wchodząc do niej mijaliśmy w ogrodzie kolorowe szklane Słyszałem jego głos w przerwach proroczej tyrady Przestalimy zwracać uwagę na te dziwactwa w które wzrok jego wracał zbielały i mętny z tamtych głębin uspokajał Pełne wielkich szaf głębokich kanap bladych luster i tandetnych Bywało już w pierwszych tygodniach tej wczesnej zimy że spędzał wszyscy brodzący w tym dniu złocistym mieli ów grymas skwaru Zanikowi temu nie towarzyszył bynajmniej upadek Wówczas matka musiała długo wołać Jakubie i stukać łyżką Splątany gąszcz traw chwastów zielska i bodiaków buzuje wyłupiaste pałuby łopuchów wybałuszyły się jak babska zimie była jeszcze na dworze głucha noc gdy ojciec schodził Chwilami wynurzał głowę z tych rachunków jakby dla zaczerpnięcia mała żółta jak szafran kobieta i szafranem zaprawia wierzył jeszcze i odrzucał jak absurd te uroszczenia te propozycje Trzymał w bladych emaliowanych błękitnie dłoniach portfel